Próbowałaś medytacji. Serio próbowałaś.
Były aplikacje, mantry, kadzidła, siedzenie po turecku, nawet poduszka do medytacji z organicznym pokrowcem. I co?
Ciszy jak nie było, tak nie ma. Za to w głowie galop myśli, niepokój, czasem złość: „To ma mi pomagać, a ja tylko się frustruję”. Maditation 😉
Jeśli kiwasz teraz głową – ten tekst jest dla Ciebie.
Dla kobiet, które próbowały i nadal czują, że to „nie dla nich”.
I bardzo dobrze. Bo to wcale nie musi być dla Ciebie.
A przynajmniej nie w tej formie.
Ale zanim szerzej o tym, najpierw zadajmy fundamentalne pytanie: czy medytacja w ogóle została stworzona po to, by „się wyciszyć”?
Zachodni świat tak ją rozumie, ale wschodnie tradycje – niekoniecznie.
W buddyzmie, hinduizmie, jodze czy ajurwedzie, medytacja (dhyana) to praktyka duchowa, a nie narzędzie do „zarządzania stresem”.
Jej pierwotnym celem było przebudzenie – rozwijanie świadomości, poznanie natury umysłu, przekroczenie dualizmu i kontakt z tym, co niezmienne – z czystą świadomością, duszą, prawdziwym „ja”, z bytem nadrzędnym, z wyższą świadomością…
Nie chodziło o to, żeby „odpocząć po ciężkim dniu”, tylko żeby ujrzeć prawdę – zarówno w sobie, jak i poza sobą.
Medytacja jest częścią ścieżki duchowego rozwoju – np. w systemie ashtanga yoga (ośmiostopniowa ścieżka Patanjalego) dhyana jest jednym z końcowych etapów – po oczyszczeniu ciała, mowy, relacji, praktyce ascezy, zasad etycznych, koncentracji i oddechu. Medytacja nie jest czymś, od czego się zaczyna, ale raczej czymś, co się naturalnie wydarza, kiedy wcześniejsze etapy są dojrzałe.
Nie „pierwszym krokiem”, tylko głębokim procesem duchowym, do którego dochodzi się z czasem.

Jakiś czas temu praktyki medytacyjne zaczęły trafiać na Zachód.
Część osób praktykujących zaczęła opisywać dobroczynny wpływ tych technik na zdrowie psychiczne: redukcję stresu, poprawę koncentracji, większy spokój. Co zresztą potwierdzają badania naukowe. Dlatego z czasem włączono medytację w obszar psychologii, psychoterapii i nauk o zdrowiu – głównie jako narzędzie regulacji układu nerwowego. Powstały metody typu Mindfulness-Based Stress Reduction (MBSR), MBCT (Mindfulness-Based Cognitive Therapy), ACT (Acceptance and Commitment Therapy – terapia akceptacji i zaangażowania), itp. Jednak Zachód „zagarnął” technikę i jej psychofizyczne korzyści, odcinając ją zazwyczaj od kontekstu duchowego, filozoficznego i etycznego, który w tradycyjnych kulturach był integralną częścią praktyki.
I tak doszło do tego, że w kulturze zachodniej medytacja została zredukowana do narzędzia. Czegoś, co ma dać „konkretne efekty”: mniej stresu, lepszy sen, większą produktywność.
To nie jest złe, ale jest to spłycenie głębokiej, duchowej praktyki.
Dlatego tak wiele kobiet mówi dziś: „Nie umiem medytować.” „To nie działa.” „To nie dla mnie.” Bo próbują stosować fragment ścieżki jako szybki sposób na rozwiązanie problemów, które mają znacznie głębsze źródło. Pojawia się zgrzyt, a ciało i dusza dają znać, że coś się tu nie zgadza.
A więc… co zamiast?
Być może nie potrzebujesz siadać w milczeniu na 30 minut, by być bliżej siebie. Może Twoją „medytacją” będzie ciepły olej wmasowywany w stopy wieczorem.
Może zapach przypraw, który unosi się nad garnkiem. Herbata zaparzona z uważnością. Spacer w ciszy – bez telefonu, podcastów, towarzystwa. A może łagodne „nie” dla kolejnego obowiązku, który nie jest Twój…
Według ajurwedy wszystko, co przywraca Ci kontakt z wewnętrzną ciszą, może być praktyką duchową.
Nie chodzi o formę. Chodzi o jakość obecności.
Być. Niekoniecznie robić…

Dziekuje. Wazne, *swiete*chwile , kiedy jestem obecna, to TO.
a być może nawet najważniejsze… Lata mi zajęło, zanim to do mnie dotarło 🙂 uważność, być tu i teraz, luz w ciele i powracanie do serca…
dziękuję za uświadomienie mi tego, dopiero teraz zaczynam pojmować o co chodzi w ajurwedzie i w jodze, do tej pory myślalam, że juz wszystko wiem , może i wiedziałam, ale nie żyłam tym, czyli nie czułam „bluesa” 🙂
ajurweda i joga to tylko narzędzia… ale czasem jest tak, że korzystanie z narzędzi przysłania istotę tego, co chcemy za ich pomocą osiągnąć 🙂
Zawsze czytam z uwagą wszystkie wpisy, ale dzisiejszy jest uchwyceniem całego sensu ajurwedy – moim zdaniem. Zanim zaczniemy stosować wszystkie modne i polecane terapię najpierw przyjrzyjmy się sobie, poznamy siebie i poobsewujmy czego naprawdę potrzebuję, co jest dla mnie dobre i dopiero wtedy zacznijmy testować je na sobie.
całkowicie się z Tobą zgadzam 🙂 właśnie o tym jest ajurweda… jest o budowaniu kontaktu ze sobą, o zaufaniu do siebie, i też o odzyskaniu poczucia, że jestem czymś więcej – ale to temat na inną opowieść 🙂