Zauważyłaś, jak często narracja wokół kobiecego zdrowia brzmi tak: „ureguluj cykl”, „napraw hormony”, „wyrównaj poziomy”, „wróć do normy”, „opanuj PMS”

Słowa jak z instrukcji obsługi maszyny.

Ciało ma działać równo, przewidywalnie, wydajnie.
Ma się dopasować do kalendarza, do pracy, do planów, do treningów, do aplikacji.

A jeśli nie działa — trzeba je poprawić.

Kultura kontroli

Żyjemy w czasach, w których można za pomocą smartfonów/smartwatchy/aplikacji mierzyć wszystko: kroki, sen, temperaturę, puls, fazę cyklu, kalorie, makroskładniki, HRV, owulację

Te narzędzia same w sobie nie są problemem.
Problem zaczyna się wtedy, gdy przestajemy ufać odczuciom, a zaczynamy ufać wykresom bardziej niż sobie.

Kiedy aplikacja mówi, że owulacja była, a Ty czujesz, że coś jest nie tak — komu wierzysz?

Co robi z nami ciągłe „naprawianie”?

Jeśli ciało traktowane jest jak projekt do optymalizacji, pojawia się stały komunikat: „Takie, jakie jesteś, nie wystarcza.”

A to uruchamia napięcie.

A napięcie uruchamia tryb przetrwania.

A to wpływa bezpośrednio na owulację, progesteron, libido, działanie tarczycy, jakość snu, trawienie.

Paradoks polega na tym, że im bardziej próbujemy wymusić regulację, tym bardziej ciało wchodzi w tryb obronny.

Hormony nie lubią presji

Układ hormonalny działa najlepiej wtedy, gdy jest poczucie bezpieczeństwa, jest przestrzeń na regenerację, ciało nie jest pod stałą oceną.

Stałe monitorowanie siebie może dawać złudne poczucie kontroli, ale dla układu nerwowego bywa kolejnym źródłem napięcia.

Nie dlatego, że technologia jest zła, lecz dlatego, że działamy z poziomu presji, nie z poziomu kontaktu ze sobą.

A gdzie w tym wszystkim ajurweda?

Ajurweda może być ogromnym wsparciem.
Bo jej fundamentem jest indywidualność, obserwacja i słuchanie sygnałów ciała, podążanie za rytmami i cyklami życia.

Ale…

Ajurweda też może stać się kolejnym systemem kontroli.

Widzę to coraz częściej.

Kiedy każda dolegliwość musi mieć nazwę doszy, każdy posiłek jest analizowany pod kątem jakości, pojawia się lęk przed „nieprawidłowym połączeniem” produktów, życie zaczyna kręcić się wokół zasad.

Wtedy nawet ajurweda przestaje być narzędziem uważności, a staje się kolejnym projektem do perfekcyjnego realizowania.

I ciało znów ma się dopasować.

Czym różni się słuchanie od kontrolowania?

W podejściu opartym na kontroli mówisz: „Muszę to poprawić.”, „To nie działa, trzeba to naprawić.” „Nie mogę sobie pozwolić na błąd.”

Gdy opierasz się na słuchaniu, mówisz: „Co moje ciało próbuje mi powiedzieć?”, „Czego teraz potrzebuję?”, „Co się zmienia i dlaczego?”

To ogromna różnica, fundamentalna dla zdrowia.

Twoje ciało nie jest „wadliwe”.

Cykliczność to nie błąd systemu. Wahania energii to nie usterka. Zmiana potrzeb w różnych fazach cyklu to nie brak konsekwencji. To po prostu fizjologia.

Kiedy próbujemy ją spłaszczyć do stałej wydajności, ciało prędzej czy później zaczyna się buntować. Czasem przez PMS. Czasem przez brak owulacji. Czasem przez przewlekłe zmęczenie.

Może problemem nie są hormony?

Może problemem jest to, że oczekujemy od ciała stabilności, której nie ma? Bo chcemy przewidywalności w systemie, który jest dynamiczny?

Jeśli ajurweda ma pomagać, to ma pogłębiać kontakt z ciałem, ma uczyć jak podążać za jego potrzebami. W przeciwnym razie staje się kolejnym zestawem zasad, które trzeba „ogarniać”. A ciało znów ma się dopasować. Owszem, ajurweda wyznacza pewne ramy, w których należy się poruszać, ale jednocześnie wyraźnie mówi o elastyczności, o dopasowaniu, o uważności.

Może prawdziwa zmiana zaczyna się nie od kolejnego planu, nie od nowej aplikacji,
nie od kolejnego protokołu.

Tylko od pytania czy ja jeszcze słucham swojego ciała, czy już tylko próbuję nim zarządzać?