fbpx

Zgarnij z półki do kosza na śmieci jednym ruchem ręki te wszystkie naturalne żele, mleczka i inne wynalazki do mycia ciała. Tak, nawet te Sylveco. Ten własnoręcznie zrobiony też. I Twój ulubiony olejek myjący z emulgatorem płynnym również. Zakładam, że wszelkie specyfiki z slsami już dawno zgarnęłaś.

A teraz podgrzej w kąpieli wodnej trochę oleju sezamowego, wmasuj go w całe ciało. Na suchą skórę. Twarz to też ciało 🙂 Nie musisz stosować jakichś wyrafinowanych technik, masuj kończyny długimi ruchami, stawy – okrężnymi. Dłoń niech się układa do kształtów ciała, dociskaj, nie za mocno, ale tak, żeby skóra się rozgrzała. Pozwól, niech ciało chłonie przez chwilę olej, w międzyczasie możesz np. umyć zęby, oczywiście patyczkiem lub ewentualnie proszkiem ziołowym. Następnie natrzyj całe ciało mąką z ciecierzycy, zbierze ona pięknie nadmiar oleju, który nie zdążył się wchłonąć. Spłucz dokładnie mąkę ciepłą wodą. Koniec procedury.

Purystycznie? Tak, ale to jest w naturalna pielęgnacja ciała. Bo z tym jest tak jak z wegetarianizmem. Jeśli twierdzisz, że nie jesz mięsa ze względów światopoglądowych czy zdrowotnych, to bądź konsekwentny i nie jedz też jajek, mleka, masła – zawierają tłuszcze odzwierzęce przecież, i ryb – wszak to także mięso, nie oszukujmy się. Jeśli twierdzisz, że stosujesz naturalną pielęgnację ciała i opierasz ją na tzw. kosmetykach naturalnych, to jesteś jak wege jedzący ryby.

Kosmetyki naturalne to dla mnie zwodnicze pojęcie. Definicja prawna słowa kosmetyk (którą się posługuję w tym kontekście, bo ma na celu bezpieczeństwo konsumenta) zaprzecza pojęciu „naturalny”.  Nie ma w ogóle natomiast precyzyjnej prawnej definicji kosmetyku naturalnego. Bo sorry, ale definicja mówiąca, że kosmetyk naturalny to produkt kosmetyczny składający się z substancji naturalnych jest tak mało precyzyjna, że można pod nią podciągnąć wiele.  Jeśli jesteś w stanie przeanalizować skład kosmetyku, to super. Ale przeciętny konsument jest mało zorientowany w temacie składników kosmetycznych i może dać się nieźle wkręcić. Używanie kosmetyków naturalnych to nowy trend na rynku, nowa moda. I to jest biznes jak każdy inny. Liczy się sprzedaż i zyski. Po to się to robi, żeby zarobić, a nie żeby ratować świat i chronić środowisko; no ewentualnie to ostatnie robiąc przy okazji, bo wizerunkowo to dobrze wygląda 😉

Absolutnie nie twierdzę, że do pielęgnacji ciała używać należy tylko tego, co można zjeść, bo wolę to po prostu zjeść 😉 Nie twierdzę też, że kosmetyki „drogeryjne” są super, a naturalne niesuper, lub odwrotnie 🙂  Po prostu nie do końca ufam producentom kosmetyków naturalnych. Po wielekroć, widząc na etykiecie ekstrakty roślinne, zastanawiałam się, jakich rozpuszczalników użyto przy ekstrakcji. Po drugie – czy aby na pewno ktoś zastanowił się, czy synergistyczne działanie tych ekstraktów na pewno będzie dobre? Do dziś wspominam jeden z supernaturalnych kremów pod oczy szanowanego i powszechnie znanego producenta kosmetyków naturalnych, po użyciu którego to kremu miałam tak gigantyczne podrażnienie skóry wokół oczu, jakiego nie doświadczyłam nigdy, nawet używając najbardziej „chemicznych” kremów drogeryjnych. Nie, nie mam uczulenia na żaden ze składników tego kremu.

Już nie wypada mi chyba nawet wspominać starej dobrej zasady, że wszystko może być trucizną, to tylko kwestia dawki. Oraz, że chemia jest wokół nas 😉 a wszystko co naturalne można próbować odtwarzać w laboratoriach, bo to tylko określone struktury chemiczne.

 I te dylematy dotyczące konserwantów i czystości mikrobiologicznej….

I że ciągle toczą się spory co do szkodliwości/nieszkodliwości pewnych substancji. Klasycznym przykładem jest glikol propylenowy, którego naturalnym zamiennikiem jest propanediol. I ten ostatni jest oczywiście fajny, a ten pierwszy be. A przecież to nadal prawie ten sam związek chemiczny: wzór sumaryczny mają ten sam, trochę inaczej wygląda cząsteczka. Glikol propylenowy to propano-1,2-diol a propanediol to propano-1,3-diol. Różnica jak dla mnie polega głównie na tym, że glikol propylenowy otrzymywany jest syntetycznie, a propanediol – w procesie fermentacji. I niby z tego powodu właśnie propanediol jest lepszejszy i nieszkodliwy i w ogóle super. Hmm…

Moje wątpliwości budzą też olejki eteryczne. I nie chodzi o to, że bywają oszukane i fałszowane. Raczej o to, że każdy olejek zawiera co najmniej kilkanaście do czasem nawet kilkuset składników, i nie ma żadnego olejku, którego skład byłby w pełni poznany. I skąd mam wiedzieć, jak dokładnie one działają? czy aby na pewno nie są szkodliwe? wszak o szkodliwości czasem decyduje dawka, przykład – szałwia doustnie 🙂 A to co naturalne niekoniecznie musi nam służyć. Ot, choćby olejek cynamonowy – należę do tych osób, u których użyty w minimalnej ilości wywołuje w połączeniu z gorącą wodą bardzo gwałtowną reakcję skóry, która wygląda jak poparzenie słoneczne. A żaden nawet najbardziej „chemiczny” kosmetyk tego mi nie zrobił, no taka jest prawda 🙂 Albo weźmy na tapetę – pozakosmetycznie – rtęć. Czyż nie jest trująca? No tak, ale lekarze ajurwedyjscy (a jakże! o ajurwedzie musi być!) mieszając rtęć z czymś, nie zdradzę z czym, żeby nikt tego nie próbował w domu, uzyskują lekarstwo 🙂

I trzecia strona medalu… zasłyszana z pierwszej ręki jakiś czas temu historia, co prawda nie z branży kosmetycznej, ale z powiedzmy branży suplementów diety:  pewien producent raz na jakiś czas kupował od rolnika kilogram pewnej rośliny z certyfikatem ekologicznym, tylko po to, aby pochwalić się na opakowaniu, że surowiec pochodzi z uprawy ekologicznej, zaś w sprzedaży de facto wykorzystywał rośliny zakupione na Ukrainie, gdzie bynajmniej na co jak na co, ale na ekologię nie kładzie się nacisku.

Tak, wiem, sceptycyzm szkodzi wątrobie 🙂 ech, po prostu sama już nie wiem, co o tym wszystkim myśleć…